Powracam!
Zanim przejdę do opisu zabiegu kwasem TCA i relacji dzień po
dniu, zachęcam do przeczytania poprzedniego wpisu wprowadzającego --> TUTAJ. Uwaga, będzie bardzo długi post…
Ważne!
Pamiętajcie, gdy decydujecie się na peeling w gabinecie
kosmetycznym, żeby upewnić się czy osoba, która zabieg przeprowadza, posiada
odpowiedni papierek uprawniający do takich działań.
Ważne nr 2!
To, co będę opisywać, to efekt moich osobistych odczuć i
moich opinii. Weźcie proszę pod uwagę, że reakcji skóry nie jesteśmy w stanie
przewidzieć. Można jedynie spekulować określając typ cery i porównując z innymi
osobami, które taki zabieg przeszły. Najlepiej decyzję o poddaniu się podobnym
kuracjom poprzedzić konsultacją z lekarzem lub kosmetologiem, którzy z
pewnością doradzą, o ile nie trafi się na takich, którzy pięknie kłamią, chcąc
wyciągnąć jedynie kasę…
Pogadałam, pogadałam, a teraz do rzeczy!
Jak wygląda zabieg?
Demakijaż – oczywiście najlepiej
wybrać się do gabinetu bez malunków, wtedy mniej będzie do usuwania, ale
oczywiście nie każdy może i chce przyjść z „gołą” twarzą.
Zabezpieczanie otarć, pieprzyków,
naczynek, skrzydełek nosa i okolic oczu tłustym mazidłem. Mam naczynkowe
policzki, ale tylko w centralnym punkcie i przy nosie też się coś znajdzie. Te
miejsca zabezpiecza się szczególnie i ja prosiłam żeby tam kwasu nie kłaść
(więc nie wiem, czy pani wykonująca peeling bez mojej prośby by go tam nałożyła
– nie było zresztą takiej potrzeby, bo w tych miejscach wyprysków i przebarwień
nie mam).
Nakładanie kwasu pędzelkiem –
najmniej przyjemna część zabiegu. Roztwór 40%. Kwasem smaruje się poszczególne
części twarzy (ja miałam partiami właśnie) i może być tak, że każda część
zareaguje inaczej, np. w zależności od grubości skóry, wrażliwości.
Kwas trzyma się na skórze do uzyskania
efektu oszronienia, czy zbielenia danego obszaru, po czym zmywa się go i robi
zimne okłady. U jednych efekt ten uzyska się po kilku sekundach, a u innych
trzeba będzie nałożyć drugą warstwę kwasu. Ja różnie odczuwałam pieczenie i
palenie. W jednym miejscu bardzo mocno, a w innym było tylko lekkie odczucie. W
każdym razie nie wyobrażam sobie tego zabiegu bez okładów, przynoszą
niesamowitą ulgę! W moim przekonaniu nie jest to ból taki, żeby się krzywić ani
wiercić na fotelu, ale wiadomo, że każdy reaguje inaczej. Osoba wykonująca
zabieg powinna cały czas być przy fotelu i obserwować skórę. Wiem, że w
niektórych gabinetach włącza się wiatraczki, żeby wiały na twarz.
Ampułka łagodząca – po dokładnym
zmyciu kwasu i okładach możemy się już tylko relaksować :-) Ampułka świetnie
koi.
Maseczka kremowa – kładziona
grubą warstwą na ampułkę. Skóra w niedługim czasie praktycznie wypija ją całą.
Maska algowa – ma za zadanie
schłodzić podrażnioną skórę, nawilżyć i ponownie ukoić. Jeśli znacie ten
chłodzący efekt alg, to byłybyście zdziwione, jak ciepła robi się ta maska, gdy
jak miałam wrażenie „wyciąga” ze skóry podrażnionej kwasem część ciepła. Czoło
jest tak ciepłe jak przy bardzo wysokiej gorączce.
Krem na koniec.
Łącznie około 1,5 h.
Teraz podziwiamy efekt w lustrze, a właściwie przeglądamy
się martwiąc się jednocześnie o to, co przyjdzie później i ciesząc się, że
szczypanie już za nami :-)
Pamiętamy oczywiście o łagodnych, odżywczych kremach,
wysokim filtrze i delikatnym oczyszczaniu twarzy. Nie trzemy skóry, nie robimy
mechanicznych peelingów i ogólnie unikamy wszystkiego, co mogłoby zaszkodzić,
tak czysto prewencyjnie.
Dzień po dniu (pisane
na bieżąco)
Dzień zabiegu:
Skóra zaraz po peelingu jest zaczerwieniona (trochę jak po
wysiłku fizycznym), podpuchnięta.
Wieczorem czerwieni się jeszcze bardziej, stare
przebarwienia ciemnieją. Uwaga na męski zarost przy tak podrażnionej skórze :-)
Twarz jest napięta, jakby wyprasowana, gładka i mimo
wszystko promienna. Pije wszystko, co się na nią nałoży. Nie jest tak źle jak
myślałam! Ale nie miałam tego dnia dostępu do aparatu...
Dzień 1 po zabiegu:
Cera przybiera nieco inny odcień czerwieni, jakby
świeżej, jeszcze czerwonej opalenizny. Świeci się, ale nie z nadmiaru sebum, a ze ściągnięcia.
Czoło nadal jest obrzęknięte.
Miałam nadzieję, że obejdzie się bez makijażu – niestety, w
świetle dziennym wygląda to bardziej niż nieciekawie i na pewno nie uniknęłabym
dziwnych spojrzeń. Minerały nie kryją tego wcale (zwłaszcza, że ta „opalenizna”
nie jest równomierna, bo kwas nie wszędzie był nakładany). Podkład w płynie
nałożony na filtr grubszą warstwą daje radę, ale nie wygląda to mimo wszystko
za ładnie, a bardziej maskowato… Szkoda, że nie mogłam pozwolić sobie na
siedzenie w domu.
Dzień 2 po zabiegu:
Obrzęk zniknął, ale skóra jest paskudna w dotyku, jakby
dotykało się czegoś sztucznego… Strasznie naciągnięta (przez co błyszczy), co
daje wkurzający efekt ciągłego liftingu. Z trudem marszczy się czoło (ale do zdjęcia dałam radę:p), ale
wystarczy przytknąć palec do skóry, a pojawia się mnóstwo zmarszczek jak po
dotknięciu napiętej folii. Kolor jakby bardziej wpada w brąz. Miałyście kiedyś
tak, że nałożony grubo, dość treściwy filtr wchłonął się całkowicie? Jeśli nie,
to macie szanse na swój pierwszy raz – u mnie właśnie tak się stało i byłam w
szoku, bo nałożyłam dwie grube warstwy i wszystko się wchłonęło! Widać, że
naskórek niedługo „puści” i zacznie pękać i się łuszczyć, czego nie mogę się
doczekać :-)
I… wyobrażacie sobie, że brwi jakby tracą łuk? Nie wiem jak to
opisać, po prostu przez to maksymalne naciągnięcie facjaty robią się z nich prawie
poziome kreski. Dziwnie to wygląda, ale nie idzie tego naprawić, nawet na ślinę
:p
Dzień 3:
Nie zostało już nic z zaczerwienienia jednak miejsca poddane
peelingowi nadal są częściowo brązowawe. Czoło jest maksymalnie napięte i mam
tego dość. Właściwie to od tych kilku dni jest unieruchomione i nie ruszam nim
w ogóle, no chyba że jak ziewam, to się mimowolnie marszczy. Makijaż razem z
filtrem wprost jeździ po czole przez tą gładkość. Ogólnie nie wygląda
estetycznie i nie wiem co gorsze – czy bez, czy z tapetą (na tym jednym zdj powyżej mam filtr+podkład na czole). Broda natomiast
zaczęła się złuszczać i bynajmniej nie są to małe skórki, a płaty naskórka,
które najchętniej bym poodrywała, choć wiem, że mi nie wolno :-)
Dzień 4 i 5:
Taaak… wiem, że mi nie wolno, ale zrywam skórki:/ Jednak
tylko te, pod którymi widzę, że skóra wygląda dobrze, a skórki już się jej nie
trzymają. Tam, gdzie pod spodem jest jeszcze różowa, dociskam naskórek i modlę
się o silną wolę. Swoją drogą nie uwierzę, że wszyscy powstrzymaliby się od
takiego zrywania, bo wygląda się fatalnie z wiszącymi i odstającymi wszędzie
płatami martwej skóry… Czoło zeszło już prawie całe i wreszcie znowu mam brwi
:-)
Dzień 6:
Ruszyły się policzki i nos i łuszczą się niemiłosiernie,
choć nie tak dotkliwie jak czoło. Widzę już, że zaczyna się wysyp – pełno małych
grudek na czole i brodzie, a nawet na nosie dwie małe krostki, co normalnie się
u mnie nie zdarza. Oby tylko z tego wysypu nie było nowych przebarwień…
W trakcie tego tygodnia stosowałam i stosuję nadal możliwie
łagodne kremy nawilżające z komórkami macierzystymi, filtr spf 50+ i odżywczy
krem na noc.
Podsumowanie:
Po 7 dniach:
- Wiem, że powyżej nadal widać trądzikowe czoło, ale skóra jest bardzo gładka, rozjaśniona, miękka, miła w dotyku i po prostu nowa :-)
- Nie jest tłusta, ale ma fajny, świeży blask,
- Zniknęły całkowicie poziome zmarszczki z czoła, które miałam od 2 lat w związku z przesuszeniem, które zafundowałam sobie złą pielęgnacją i niczym nie szło tego ani mechanicznie zpeelingować, ani złuszczyć lekkimi kwasami, ani nawilżyć.
- Skóra chłonie każdy kosmetyk dużo lepiej. Poprzednio na pewno nie było to tak efektywne, bo twarz miałam pokrytą suchym, lekko pomarszczonym miejscami naskórkiem, po którym już nie ma śladu. Choć nie należę do fanek opalania, to mogę powiedzieć, że będzie to świetny zabieg dla osób ze skórą przesuszoną i zniszczoną słońcem.
- I teraz kwestia, która interesowała mnie najbardziej, a mianowicie przebarwienia. Widzę już, że jeden zabieg to za mało. Dwa byłoby idealnie, bo przebarwienia wyraźnie zbledły i na czole i na brodzie, a przynajmniej ja to widzę – aparat już niekoniecznie :-) Niestety nadal są i choć w cuda nie wierzę, to jednak nadzieja była :P Żałuję, że nie mogę już powtórzyć zabiegu. Można to zrobić po 30-40 dniach, a nie chcę ryzykować, bo Słońce będzie dawać coraz mocniej. Może powtórzę jesienią – po lecie będzie w sam raz!
Martwi mnie to, że pryszcze nadal się pojawiają, ale tego
raczej kwasem nie wytępię i jak się wkurzę, to sięgnę antybiotyk albo retinoidy
zewnętrznie.
W każdym razie proces nadal trwa, ale jestem zadowolona, najgorzej
byłoby, gdybym nie widziała kompletnie żadnej zmiany.
I jeszcze jedno – makijaż wygląda na takiej nowej twarzy
świetnie, bardzo promiennie i przede wszystkim nie trzeba skóry matowić tak,
jak wcześniej. Oczywiście mam na myśli makijaż bez filtra pod spodem, bo z nim
wiadomo, że szału nie ma.
Jeśli przebrnęłyście, to dziękuję i cieszę się i mam nadzieję, że
przybliżyłam Wam nieco działanie kwasu TCA. Podkreślam, że nie jestem ekspertem (w końcu to tylko 1 zabieg)
w tej dziedzinie i są to tylko moje reakcje i odczucia więc nie mam pojęcia
jakie efekty mogłybyście osiągnąć na swojej cerze, ale wiem jedno, że bez
próbowania nie ma porównania :-)
Do przeczytania,
Stref.


