11 grudnia 2012

Wiedziałam! Wiedziałam, że ktoś znajdzie na TO jakąś mądrą nazwę...


Dziś trochę inaczej, bo nie-recenzyjnie. Wspominałam, że mam problemy ze skórą? Która z nas nie ma... Tylko nieliczne szczęściary, czego Wam okropnie po kobiecemu zazdroszczę:-)

Najgorsze jest to, że większość problemów funduję sobie sama. Jak? Och, typowo mechanicznie:-/
Dotykam, macam, dłubię, wyciskam, drapię i najchętniej wszystko naraz... A w dodatku robię to bezwiednie, np. siedząc przed komputerem, czytając książkę czy cokolwiek, po jakimś czasie orientuję się, że moje palce znów kombinują coś przy twarzy. Efekt - przebarwienia, krostki, podrażniona skóra.


                                                                               źródło


Nie umiem nad tym zapanować! Jeśli już uda mi się jakimś cudem nie grzebać przy buzi (a przynajmniej grzebać umiarkowanie) przez parę dni, to widać wyraźną poprawę. Jestem prawie przekonana, że gdybym zaprzestała całkowicie, to pozbyłabym się większych problemów.

No, ale wstęp się zrobił przydługi więc do rzeczy!

Dlaczego o tym piszę? Bo może są wśród Was też posiadaczki niesfornych dłoni, które nie wiedzieć czemu (oczywiście same!) wędrują w kierunku twarzy, kiedy nie powinny... Może macie podobne problemy. I może wreszcie nic to w Waszym życiu nie zmieni, ale warto cierpieć wiedząc, jak taka przypadłość się nazywa:-p

Znalazłam pewien artykuł, zainteresowane zapraszam do lektury:


Zawsze traktuję takie terminologiczne rewelacje z przymrużeniem oka, ale lubię takie bajery:-) 
Teraz przynajmniej wiem, że nadaję się na terapię:-P 

Rozpoznałam u siebie wszystkie symptomy, oprócz oczywiście koszmarnego skutku w postaci słowa "deformacja", które wydaje się zbyt skrajne i nierealne, ale może i u kogoś możliwe. 
Proponowane przez autora sposoby nie są nowością, znam je, ale realizację pozostawię bez komentarza, bo wiadomo jak to względnie potrafi być z efektami. 

Mam też swoje patenty i choć może miejscami głupie, to liczy się skuteczność! Może takim psycholkom jak ja się przydadzą:

1) Makijaż - chęć pozostawienia go na swoim miejscu jest silniejsza od chęci majstrowania (choć i tak kombinuję czasami "na obrzeżach" twarzy:-/)

2) Oświetlenie - im słabsze przy lustrze, przy którym robimy demakijaż, tym lepiej. Trudniej wypatrzeć potencjalne cele ataku po zmyciu tapety.

3) Rękawiczki:-) To już skrajny sposób, ale działa. Siedząc w domu czasem zakładam jak mnie mocno korci - czego się nie robi dla skóry...

4) Podjadanie! Czyli moje ulubione. Trzeba zająć sobie czymś ręce, a czym lepiej niż przekąskami? Można obierać owoce, też będzie dobrze:-D 

A przy zdolnościach manualnych wskazane szydełkowanie, hafty, czy inne robótki:-)

Ciekawi mnie, czy jestem sama na placu boju, czy są tam jakieś dusze, które mają podobny problem? Dajcie znać!



Pozdrawiam Was serdecznie,

Dermatillomanka (prawda, że ładnie?:p)

06 grudnia 2012

W aloesie siła!

Nie wiem jak Wy, ale ja wciąż, może naiwnie, nie tracę determinacji w walce o ładną cerę (choć bywa ciężko, oj bywa!) i na pewno każda z Was, która ma problemy ze skórą, imała się już różnych rzeczy, byleby tylko pomogły...

Chyba już dość dawno w necie przeczytałam o pewnym specyfiku i  oczywiście zdążyłam o nim  zapomnieć, ale Alina pewnego dnia odświeżyła mi pamięć:-)

Pomyślałam, że dlaczego nie i odwiedziłam aptekę żeby kupić Biostyminę. Nazwa raczej mówi niewiele, ale w skrócie jest to zamknięty w ampułkach płyn do połykania wspomagający walkę z infekcjami górnych dróg oddechowych - no i oczywiście starym sposobem w tej materii go nie wypróbowałam, ale mam zamiar, gdy tylko jakieś choróbsko mnie złapie.




Tym płynem jest nic innego, jak wyciąg ze świeżych liści aloesu w rozcieńczeniu z wodą.



W opakowaniu znajdziemy 10 ampułek po 1ml płynu (niecałe 14zł za opakowanie). Dużo czy nie dużo, to już pozostawiam Waszej ocenie. W każdym razie kuracja miesięczna kosztuje około 40zł. Nie wiem, czy nie na to samo by wyszło, gdyby wzięło się normalnie sok z aloesu, zmieszało z hydrolatem czy po prostu z wodą i już. No ale niech ci PhytoPharmie będzie!

Póki co zużyłam 14 ampułek. Wcześniej nie stosowałam nic z aloesem na twarz i muszę powiedzieć, że jestem zadowolona po tak krótkim czasie z efektów. Aloes ma wiele właściwości, tutaj jednak liczą się głównie te związane z przyspieszaniem gojenia i zwalczaniem bakterii. 




Rzeczywiście, strupki odpadały wcześniej, wypryski goiły się szybciej i nie wyskakiwało nic nowego!

Obecnie od 2 tyg, nie stosuję tych ampułek - chciałam sprawdzić, czy efekt się utrzyma, ale niestety, wszystko wróciło do "normy" i kurację wznowię. Tym razem na dłużej.

Sama aplikacja może nie jest zbyt wygodna, ampułki ciężko się łamią, raz się skaleczyłam, ale to raczej przez nieuwagę. Poza tym płyn oczywiście przecieka przez palce, bo to tak, jakby próbować wmasować w twarz wodę.




Ma lekki żółtawy kolor, nie pachnie, nie podrażnia i wchłania się w momencie.
Najlepiej sprawdził się jako jakby serum na noc pod krem i pod maskę algową. Mimo że mam mieszaną, wciąż trądzikową cerę, to nie wyobrażam sobie żeby niczego nie nałożyć po tej ampułce. Twarz wyraźnie potrzebuje nawilżenia i jest lekko ściągnięta, a tego uczucia nie lubię.

Jeśli macie problemy ze skórą, głównie z pojawiającymi się niespodziankami, to myślę, że warto spróbować. Ja nie żałuję, chociaż pewnie przy najbliższych zakupach zamówię stężony sok z aloesu i wypróbuję w tej postaci.


Co myślicie o takim sposobie wspomagania walki z nieproszonymi gośćmi na twarzy?



I wszystkiego mikołajkowego! :-)



Do przeczytania,

Stref.