13 września 2013

Desperacja nie zawsze popłaca, o.




Witajcie,

Dziś chciałabym Wam przedstawić produkt, który kupiłam jako tańszą alternatywę dla toniku Alpha-H Liquid Gold. Od dawna chciałam wypróbować na sobie kwas glikolowy, a że dotąd nie było okazji, to poczułam, że czas po kuracji antytrądzikowej (pisałam o niej tutaj) będzie w sam raz, zwłaszcza, że zależało mi na podtrzymaniu efektu.

Mowa o toniku Alpha-New ze sklepu forever-young.pl. Obecnie kosztuje niecałe 30zł za 125ml, ale nie pamiętam, czy kosztował tyle samo, gdy go kupowałam.

Do produktu dołączony był dozownik, z którego nigdy nie skorzystałam oraz waciki, o których również po paru dniach zapomniałam i przeleżały w szufladzie. Dodatkowo do zamówienia dostajemy kartkę z opisem produktu, takim samym, jak na stronie sklepu.




Tonik stosowałam 3 razy w tygodniu na noc, bodajże od początku sierpnia, czy jakoś tak. Niestety nie spełnił moich oczekiwań… Nie udało się utrzymać cery w ryzach i znów zaczęły pojawiać się grudki na brodzie, a wągry wróciły jakby z ironią pokazując, że chyba byłam bardzo naiwna myśląc, że się ich na dobre pozbyłam :-)

Co do plusów, skóra była gładsza, jakby świeższa, ale nie rozświetlona, tylko przez krótki czas. Im dłużej stosowałam tonik, tym było gorzej. Jeśli czytacie mojego bloga, to wiecie, że nie było to moje pierwsze doświadczenie z kwasami, a właściwie myślałam, że tak małe stężenie (5% glikolowy i mlekowy) nie może zrobić mi krzywdy. Pojemność za tą cenę to również zaleta. Przyznać też trzeba, że skład jest naprawdę fajny, zobaczcie:



Minusy? Zacznę od drugorzędnej kwestii, czyli zapachu – jest różany, przez wodę w składzie, a tego nie znoszę. Pachnie dokładnie jak wersja toniku PHA z biochemii, którą kiedyś miałam.

Początkowo myślałam, że się polubimy, ale z perspektywy nie jestem usatysfakcjonowana działaniem. Bardzo mnie podrażnił. Po aplikacji miałam istnego buraczka na twarzy, który jednak ginął po chwili. Z czasem zaczerwienienie utrzymywało się nawet do rana! Naczynka przy nosie i na policzkach zaczęły się rozszerzać, były bardziej czerwone niż zwykle (moja wina, że w ogóle tam smarowałam, ale inne kwasy nie wywoływały takiej reakcji), mimo że po dwóch razach przestałam w ogóle nakładać tonik w te miejsca. Buzia piekła i szczypała, nos się łuszczył i nie mogłam niczym odpowiednio nawilżyć twarzy… Później przypomniałam sobie o kremie z Biodermy, który czekał w szufladzie i mnie uratował, ale zasługuje na oddzielny wpis więc nie o tym. 
Mało tego moja skóra zrobiła się bardzo „niedotykalska”, np. natychmiast reagowała podrażnieniem na próby nałożenia różu mięciutkim, nota bene, pędzlem. Aplikacja filtra w dzień też nie należała przez to do najprzyjemniejszych czynności.

Ogólnie wiem, że nie mogłam spodziewać się cudów, ale kurczę, jak człowiek wyda tyle kasy na leczenie, to chwyci się później wszystkiego, żeby  przedłużyć efekty, zwłaszcza, że wreszcie poczułam jak to jest mieć normalną cerę (i zazdroszczę wszystkim szczęściarom, które mają tak na co dzień, oj Wy niedobre!).

Pokornie wróciłam do Epiduo i cera wraca do siebie. Kocham ten żel, widzę po nim bardzo szybko efekty i przede wszystkim ani trochę mnie nie podrażnia więc mogę stosować codziennie, jak zaleciła dermatolog. Mimo powrotu niektórych małych trądzikowych potworków, powoli je oswajam, a skóra i tak wygląda lepiej niż przed całą kuracją.


Czy przekreślam kwas glikolowy? Nie wiem. Mlekowy kiedyś stosowałam i nie było problemów, może po prostu ta mieszanka mi nie służy. Nie zużyłam całego toniku więc może dam mu za jakiś czas drugą szansę.

Co cera, to reakcja, może u Was by się sprawdził?


Do zamówienia dorzuciłam krem, który czeka na swoją kolej i jestem bardzo ciekawa jak wypadnie, bo opisy tych wszystkich produktów sugerują wręcz cuda :-)



Piszcie, czy macie jakieś doświadczenia z tego typu produktami, a tymczasem:


Do przeczytania,

Stref.


Edit: Teraz widzę, że prawie się zgrałam tą notką z nissiax83, zachęcam do przeczytania Jej pierwszych wrażeń.

26 sierpnia 2013

Zakupy, czyli co wpadło mi w ręce w ostatnim czasie


Witajcie,



Jestem z siebie dumna, bo tylko jeden produkt jest nadprogramowy :-) Twarda byłam i nieugięta, choć z trudem odmówiłam sobie koralowego różu z Essence, który uśmiechał się do mnie pięknie z półki. Kto wie, czy po niego nie wrócę, a niech to!



Z racji kończącego się już filtra z Vichy, z myślą o jesieni kupiłam na azjatyckim bazarze krem z niższym faktorem. Uzbierał bardzo dobre recenzje i jest po prostu dużo tańszy! Kosztuje 28zł, co jest bardzo niską ceną jak na filtr do twarzy. Mowa o It’s skin UV Away Mild Sun Block. Przy okazji wzięłam do koszyka upatrzone już jakiś czas temu próbki kremów BB, ale nie będę tu o nich pisać, bo zasługują na oddzielną notkę. Wybrałam jasne odcienie i jestem w trakcie testów. Jako gratis dostałam maseczkę My Beauty Diary – wersja z czerwonym winem i z jagodami o ile się nie mylę.




Przy okazji zakupów na doz.pl kupiłam osławiony krem antyseptyczny Himalaya (ok. 5zł). Jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi.



Dalej już typowo drogeryjne zakupy. Z szafki Essence wybrałam mały pędzel do różu (12zł), czarną kredkę (4zł) i skuszona wyglądem – rozświetlacz w kulkach (14zł). Nie dość, że opakowanie smakowite, to i kuleczki tak ładnie się mieniły (czego oczywiście na zdjęciu nie widać), że nie mogłam się oprzeć :-) Właściwie to nigdy nie miałam typowego produktu rozświetlającego więc czas najwyższy spróbować!




Póki co to wszystkie zdobycze. Czaję się jeszcze na gąbeczkę-podróbkę beauty blendera, ale jeszcze trochę poczekam, może mi chęć przejdzie :-)

 
P.S. Mam ostatnio problem z bloggerem, wchodzę na Wasze blogi i za każdym razem jak chcę skomentować, to jakby mnie „wyrzuca” ze strony… Może to problem z komputerem? Miałyście tak kiedyś?



Do przeczytania,

Stref.